Strona główna
Wiadomości
Halina Borowska - Blog żony
Życiorys
Forum
Publikacje
Co myślę o...
Wywiady
Wystąpienia
Kronika
Wyszukiwarka
Galeria
Mamy Cię!
Ankiety
Kontakt




Wiadomości / 17.10.18, 10:03 / Powrót

Kto nie warczy, ten dostanie

Wybory samorządowe za pasem, warto więc przypomnieć, czym główne partie chcą zachęcić wyborców, aby oddali głos właśnie na ich kandydatów. I co z tego wynika dla polskiej polityki - pisze Marek Borowski w POLITYCE.
Proszę się nie obawiać, nie zamierzam zanudzać czytelników szczegółowym opisem wszelkich łask i dobrodziejstw, jakie spłyną na mieszkańców w wyniku określonego głosowania. Szukałem odpowiedzi na inne pytanie: czym samorząd kierowany przez polityków Koalicji Obywatelskiej, SLD czy PSL będzie w swych celach i metodach działania różnił się od samorządu zarządzanego przez działaczy PiS. Przygotowałem się na drobiazgowe porównywanie obietnic, uprzątnąłem biurko, sporządziłem odpowiednie tabelki, zaostrzyłem ołówek, wymieniłem wkład w długopisie i przystąpiłem do pracy. Zacząłem od programów partii opozycyjnych. Każda z nich taki program uchwaliła i wywiesiła na swojej stronie internetowej. Począwszy od edukacji (darmowe obiady i bezpłatne przejazdy komunikacją lokalną, więcej zajęć pozalekcyjnych, dodatki do płac nauczycieli), przez wsparcie dla seniorów (centra pomocy, uniwersytety trzeciego wieku, bezpłatne badania, szybki dostęp do pielęgniarki i pracownika socjalnego), zdrowie (bezpłatne badania i szczepienia, dentysta w każdej szkole), ochrona środowiska (walka ze smogiem, wsparcie dla fotowoltaiki, więcej tras rowerowych) – po budowę mieszkań komunalnych, finansowanie in vitro i wiele innych przedsięwzięć. Nie mam złudzeń, że wszystkie te zamierzenia zostaną wykonane, ale mieszkańcy każdej gminy w Polsce mogą się tego właśnie domagać od wybranych do samorządu przedstawicieli tych partii. Następnie rozpocząłem poszukiwania samorządowego programu Prawa i Sprawiedliwości. Chciałem sprawdzić, na czym – niezależnie od lokalnej specyfiki – koncentrowali się wszyscy (i wszędzie) samorządowcy z PiS. Co zrobią dla szkół, uczniów i nauczycieli, dla zdrowia, dla kultury, dla uboższych mieszkańców i osób niepełnosprawnych, dla ochrony środowiska, kultury fizycznej; mieszkania komunalne będą budować czy wyprzedawać? Itp. Jakież było moje zdziwienie, gdy stwierdziłem, że program samorządowy PiS w ogóle nie istnieje! Odbyła się wprawdzie wielka konwencja samorządowa tej partii w Warszawie, przemówiło kilku kandydatów na prezydentów miast, premier Morawiecki przedstawił pięć kolejnych obietnic dla Polek i Polaków (choć realizacja poprzednich, jak prom pasażerski, samochód elektryczny czy dron „w każdym domu” – jest w ciemnym lesie) – i to wszystko. W pierwszej chwili myślałem, że czegoś nie dopatrzyłem. Rzuciłem się na stronę internetową PiS, przenicowałem wszystkie wypowiedzi – nie ma! Zniechęcony, zacząłem uprzątać biurko, kiedy wzrok mój spoczął na stronie gazety z przemówieniem prezesa antropofoba (antropofobia: lękowe wyobcowanie, izolacjonizm, lęk pustelniczy) i nagle doznałem iluminacji. Jakże mogłem to przeoczyć! Jak to nie ma programu – kiedy jest! Jak to brak – kiedy nie brak! Program samorządowy PiS jest krótki, ale treściwy, i brzmi: „NIE WARCZEĆ!”. Jarosław Kaczyński podzielił bowiem samorządy na te, które „warczą na rząd”, i te, które do rządu się łaszą, a premier Morawiecki dał do zrozumienia, że tylko te drugie mogą liczyć na finansowe wsparcie rządu (i chyba tym razem wyjątkowo nie kłamał). Katalog „warknięć” jest rozległy i obejmuje takie zachowania, jak: zapraszanie na lokalny festiwal Adama Darskiego Nergala, wystawianie w miejscowym teatrze „Klątwy”, projekcja w kinie samorządowym filmu „Kler”, finansowanie procedury in vitro, rzetelne wdrażanie konwencji antyprzemocowej, uroczyste oddanie do użytku nowej drogi bez księdza, czyli bez poświęcenia asfaltu, niewyrażanie zgody na faszystowskie marsze, a wyrażanie na marsze równości (prezydent Żuk nic chyba jednak od rządu nie dostanie), obrona – wbrew rządowemu kuratorowi – nauczyciela informującego uczniów, że przywódcą Solidarności był Lech Wałęsa, a nie Lech Kaczyński, i że niektórzy żołnierze wyklęci popełniali zbrodnie na ludności cywilnej itp. Groźnym „warknięciem” jest także niechęć do upamiętniania postaci zmarłego prezydenta.
POLITYKA - 16 października 2018

Powrót do "Wiadomości" / Do góry