To nienormalne, żeby dron latał nad rządowymi budynkami - Super Express„Super Express": - W poniedziałek doszło do kolejnego incydentu z dronem w roli głównej, tym razem operował nad kompleksem rządowych budynków przy ul. Parkowej i nad Belwederem. Jak bardzo to pana niepokoi?
Marek Borowski: - Powiedzmy sobie szczerze, że to nie jest normalna rzecz, żeby dron sobie latał nad rządowymi budynkami, w dodatku sterowany nie przez bawiące się dzieci albo jakichś młodych wynalazców, tylko przez Białorusinów. Wyraźnie widać, że trzeba być tutaj czujnym.
- I od razu nasuwa się pytanie, czy nie doszło do jakiegoś zaniedbania ze strony służb?- Chyba nie, jeżeli to stwierdziły. To nie jest taka prosta sprawa, bo jeśli ktoś przyjdzie do Łazienek i wypuści drona... przecież trudno wszędzie stawiać szeregi wojska i policji.
- Kolejna prowokacja?- Nie wiem, zobaczymy, co wykaże śledztwo. Nie chcę tutaj fantazjować. Na pewno jest to niepokojące i generalnie rzecz biorąc widać, co musimy zrobić, łącznie z pozostałymi europejskimi krajami, w dziedzinie modelu strategii uzbrojenia. Pan minister Błaszczak zakupił w Korei i w Stanach Zjednoczonych czołgi, ale dziś widzimy, że wojna nie odbywa się przy pomocy czołgów. Wojna się odbywa przy pomocy dronów, rakiet i na tym trzeba się dziś skupić. Wszystkie siły naukowe - brytyjskie, niemieckie, francuskie i polskie - powinny się skupić na tym, w jaki sposób zapewnić bezpieczeństwo granicy w przypadku ataku dronowego. To jest sprawa zasadnicza.
- Tym bardziej, że Rosja stawia na drony i to nimi sieje spustoszenie w Ukrainie.- Zdecydowanie. I Ukraina może w tym na pewno pomóc.
- Karol Nawrocki odwiedził Berlin i domaga się od Niemców reparacji. Uważa pan, że one się Polsce należą i akurat teraz jest dobry moment żeby o nie powalczyć?- Polska reparacji praktycznie nie otrzymała i to jest prawda. W Poczdamie mocarstwa ustaliły, że otrzyma je Związek Radziecki i się nimi z Polską podzieli. USA nie chciały osłabiać RFN, ZSRR nie chciało osłabiać NRD i ze ściągania reparacji zrezygnowano. Chwilę później także polski rząd oświadczył, że z nich rezygnuje.
- Polski rząd pod butem Związku Radzieckiego, co podkreślam, bo wielu przez to podaje w wątpliwość legalność decyzji z 1953 r.- Ona była absolutnie legalna, bo rząd Polski był wtedy uznawany przez wszystkie kraje świata, był członkiem ONZ, więc nie opowiadajmy takich historii. Oczywiście, można się dzisiaj przeciwko temu buntować, ale prawnie rzecz biorąc tak to wyglądało.
- Czyli prawnie Polska reparacji się zrzekła?- Polska się zrzekła, ale to nie był jedyny akt zrzeczenia, bo po zjednoczeniu Niemiec w 1990 r. były tzw. porozumienia czwórki, gdzie o tej sprawie także nie było mowy. Następnie podczas rządów PiS szefowa ówczesnego MSZ Anna Fotyga oświadczyła, że sprawa reparacji jest zamknięta.
- To była odpowiedź na interpelację posła Dobrosza z Ligi Polskich Rodzin. -Tak jest. Więc opowiadanie dziś o reparacjach to jest gonienie króliczka. PiS tę akcję rozpoczął na zasadzie „będziemy zdobywać poparcie Polaków, bo tylko my jesteśmy w stanie ewentualnie uzyskać jakieś reparacje".
- Dlaczego prezydent Nawrocki postanowił ten temat ruszyć właśnie teraz?- Z dokładnie tego samego powodu, dla zbicia kapitału politycznego. Mniej więcej połowa Polaków popiera bowiem każdego polityka, który mówi, że będzie się starał o reparacje. Z drugiej jednak strony na pytanie, czy uda się je otrzymać, to 70 proc. odpowiada, że nie. Widać więc, że to domaganie się reparacji i ciągłe atakowanie za to Niemców raczej szkodzi naszym stosunkom i załatwianiu innych spraw. To jest zupełnie niepotrzebne.
- Z drugiej jednak strony prezydentowi Nawrockiemu towarzyszy w tej wizycie wiceminister spraw zagranicznych Władysław Teofil Bartoszewski, który zaznaczył, że rząd prezydenta będzie wspierał, ale w uzyskaniu zadośćuczynienia, a nie reparacji.- Dokładnie. Słowo „reparacje" powinno, moim zdaniem, zostać odłożone do lamusa, bo tylko wzbudza niezdrowe nadzieje i powoduje, że polskie społeczeństwo nabiera jakichś negatywnych odczuć w stosunku do Niemców, no bo przecież nam się należą, a oni nie dają. To zwyczajnie szkodliwe, bo to jest nasz najbliższy sąsiad i nie powinniśmy stwarzać tego rodzaju kłopotów.
- Ale kłopot w postaci zadośćuczynienia, o które stara się rząd już tak?- Zadośćuczynienie jest trochę czymś innym, zresztą jego elementy miały już miejsce. Np. w latach 90. powstała polsko-niemiecka fundacja, która tzw. przymusowym robotnikom, których Niemcy zatrudniali w swoich zakładach przemysłowych czy gospodarstwach rolnych w sumie wypłaciła około 5 mld. zł. My uważamy, że to jeszcze nie jest domknięcie sprawy, dlatego że żyją jeszcze osoby, które poniosły uszczerbek, przede wszystkim na zdrowiu, w wyniku prześladowań czy bytności w niemieckich obozach. Tutaj właśnie to personalne zadośćuczynienie powinno jeszcze mieć miejsce. Może mieć to formę także niemieckiego wsparcia dla naszej obronności i bezpieczeństwa. Formuły można znaleźć różne, ale nie reparacje i żadne 6 bln zł. Zostawmy, bo to jest szkodliwe i w ten sposób z Niemcami się nie porozumiemy.
- Niektórzy nazywają pana „adwokatem Niemców", bo wielu w tak skomplikowanych sytuacjach myśli bardzo prostymi schematami.- Co z tego, że mnie tak ktoś nazwie? Ja po prostu mówię, jak jest. PiS przez osiem lat rządów nic w sprawie reparacji nie załatwił, a w nocie, którą wystosował do niemieckiego rządu słowo „reparacja" w ogóle się nie pojawia. Dlatego proponuję: otwórzmy oczy i nie szarpmy się w tej sprawie. Możemy rozmawiać o o zadośćuczynieniu.
Rozmawiała
KAMILA BIEDRZYCKAŹródło: Super ExpressPowrót do "Wywiady" /
Do góry